Achtung - Panzer!

Szymon Kazimierski (Olsztyn)

1 września 1939 roku niemiecki Wehrmacht zaatakował Polskę na lądzie, z morza i z powietrza. Po siedemnastu dniach krwawych walk okazało się, że Wehrmacht ma jeszcze dodatkowo, uprzednio umówionego sojusznika, a słabnące z każdą chwilą Wojsko Polskie następnego wroga - Armię Czerwoną.

5 października 1939 roku kapituluje ostatnia duża formacja Wojska Polskiego - Samodzielna Grupa Operacyjna "Polesie" walecznego generała Kleeberga.

Przez miesiąc i pięć dni Wojsko Polskie samotnie bije się z dwiema najsilniejszymi armiami ówczesnego świata. Przegrywa, bo jakże mogło wygrać. Kto mógł taką wojnę wygrać? Proszę pokazać mi armię, jakąkolwiek na całym świecie, która byłaby w stanie obronić się wtedy przed jednoczesnym atakiem niemieckiego Wehrmachtu i Armii Czerwonej? Zadanie to, taki test na myślenie, pragąłbym polecić wszystkim opluwaczom przedwojennego Wojska Polskiego. Stała się bowiem rzecz straszna i chyba niesłychana w historii. Wkrótce po zmasakrowaniu przez obu agresorów Wojska Polskiego, armia ta przez samych Polaków została wyśmiana, a jej dowództwo oplute. Odsądzone, jak to się mówi, od czci i wiary. Psychologia zna wiele dziwacznych ludzkich zachowań. Jeśli więc przyjąć, że owe zachowanie się Polaków w stosunku do swojej pokonanej armii brało się z działanie jakiegoś mechanizmu psychologicznego, nie było to jedyne działanie i niejedna ręka świadomie manipulowała w tej materii.

Winny przegranej wojny od dawna był znaleziony i była nim przedwojenna "sanacja". Zarzuty stawiane "sanacji", w moim przekonaniu zupełnie bezsensowne, miały początkowo charakter pretensji i kłótni tylko między Polakami. Nie zapominajmy jednak o fakcie, że od roku 1944/45 w Polsce zaczął decydować o wszystkim Związek Sowiecki.

Józef Stalin traktował Polaków wybitnie instrumentalnie. Tępił ich bez litości, jeśli mu w jego polityce przeszkadzali, lub dobrotliwie poklepywał po plecach, jeśli mu pomagali. Wojna z Niemcami zbliżała się do końca, poprzednie założenie, by wjechać do Europy na karkach uciekającego Wehrmachtu zaczynało stawać się nierealne, a tereny Polski zajęte już były przez Armię Czerwoną. Pomysł włączenia Polski do Związku Sowieckiego jako następnej republiki sowieckiej, Stalin odrzucił już na wstępie i brutalnie gasił zapędy jej zwolenników. Wygodniejsza dla Stalina była koncepcja Polski na poły niezależnej, pozornie suwerennej, ale pod stałą i silną kontrolą Związku Sowieckiego. By pomyślnie zrealizować ten pomysł wszelkie atrybuty państwa polskiego miały być zachowane: orzełki, rogatywki, "Jeszcze Polska...".

Polaków trzeba było podkupić, dać im coś takiego, co zawsze kojarzyć się im będzie pozytywnie ze Związkiem Sowieckim. Stalin miał gest! Jak chciał, oszałamiał szczodrobliwością. Stalin zafundował Polakom, zafundował całej Polsce... wygranie wojny światowej!

Tylko tej polityce Stalina zawdzięczać możemy udział polskiej dywizji w ostatecznym szturmie Berlina. Stalin naprawdę nie potrzebował w Berlinie tej akurat dywizji. Miał dużo więcej i to tuż pod ręką dywizji sowieckich. Ale dzięki takiemu sprytnemu posunięciu cały świat, a przede wszystkim cała Polska mogła widzieć na filmach i na zdjęciach fotograficznych Polaków walczących na ulicach Berlina, a później wiwatujących na tych ulicach swoje zwycięstwo i biało-czerwony sztandar na berlińskiej kolumnie zwycięstwa... Rozpacz Polaków przesiedlanych z "za Buga" tonęła w morzu zwycięskich okrzyków. Trzeba było gromko się cieszyć, bo po sześciu latach okropnej wojny, Polska nie tylko tę wojnę wygrała, ale jeszcze zdobyła na Niemcach ogromne obszary na północy i zachodzie!

Dla kontrastu trzeba było przedstawić Wrzesień w barwach jak najczarniejszych. Razem dawało to komplet oddziaływania propagandowego. Wtedy dopiero "każdy przecież o tym wie, każdy może zobaczyć", że przez "sanację" Polska wojnę z Niemcami przegrała, a dzięki Związkowi Sowieckiemu, wojnę wygrała. Wygrała? Szczęścia, zdrowia życzę i dobrego samopoczucia.

Publicystyka, ale i opracowania historyczne poświęcone kampanii wrześniowej, zaczęły odgrywać rolę wyznaczoną im przez propagandę. Coraz bardziej osuwały się w stronę wyolbrzymiania niemieckiej przewagi (ale to tylko dla skontrastowania z nędzą Wojska Polskiego, bo zabieg ten dawał dodatkowy efekt propagandowy - wystawienia bezbronnych polskich żołnierzy przeciw czołgom i armatom, co dodatkowo kompromitowało "cholerną sanację") oraz ogłupiania przedwojennego rządu i dowództwa Wojska Polskiego.

Samych żołnierzy nikt nie próbował atakować chyba tylko dlatego, że za takie zaczepki można było dostać na ulicy, zwyczajnie, po pysku. Żołnierze, w przeciwieństwie dowódców przebywających głównie na emigracji, byli na miejscu. Tuż obok. Lepiej więc było ich nie drażnić. Odwrotnie. Chwalić, wychwalać, przechwalać wręcz, ubolewać nad ich jakoby nieszczęsnym losem tragicznych bohaterów zdradzonych przez swoje przewrotne "sanacyjne" dowództwo. A jednocześnie nie przyznawać rent, nie przyznawać emerytur, wyrzucać z pracy za podoficerski stopień, za żołnierski krzyż, za hardą, honorową postawę. Nie wierzycie? To proszę się zapoznać z losem wiejskich chłopaków, byłych żołnierzy "sztandarowego" przecież i opiewanego w wierszach Westerplatte. Samo to, wystarczy za wszystko. Gwarantuję dużo wstrętnych przeżyć.

O polskim Wrześniu pisali panowie, pisały panie, pisane były prace historyczne, eseje, artykuły prasowe, beletrystyka. Tworzył się mit, karykatura wojny polsko-niemieckiej:

- Sam szatan wcielił się w postać średniego wzrostu faceta z wąsikiem zwanego Adolf Hitler.

- Szatan Hitler za jedyne swoje zadanie uznał pokonanie znienawidzonej przez siebie Polski.

- Szatańskim sposobem szatan Hitler opanował umysły Niemców, narodu poetów i filozofów (poeci i filozofowie w tych wypowiedziach smakowani są wręcz lubieżnie).

- Wehrmacht posiadał niesłychaną przewagę nad Wojskiem Polskim. Wszystko było tam zmotoryzowane i zmechanizowane. Nowoczesne. Ogromne czołgi w ogromnych ilościach.

- Ale jeszcze i samoloty, armaty, samochody pancerne. Piechota niemiecka jechała na ciężarówkach, nie musieli maszerować.

- Wojsko Polskie biedne i zaniedbane, choć bardzo dzielne. Nie miało czołgów i samolotów.

- Nieprzygotowane do wojny z winy nieodpowiedzialnego, przedwojennego rządu.

- Źle dowodzone przez głupich polskich dowódców musiało się bronić szablą i bagnetem.

- To te ogromne niemieckie czołgi

rozjechały gąsienicami polską obronę.

Można by było, nie wiem jak długo, tak wymieniać i wymieniać. Choćby jeszcze o naszym nieśmiertelnym polskim koniku, lub Bogu dzięki już nie powtarzanej bzdurze, szarżach ułanów na czołgi. Tylko po co? Tym bardziej, że w przeważającej części jest to tak zwana (za świętej pamięci księdzem Tischnerem) trzecia góralska prawda, czyli gówno-prawda.

O faktach się nie dyskutuje. Faktem jest, że Polska tę wojnę przegrała i co tu dużo mówić, to właśnie niemieckie czołgi, choć nie jedynie i jak się niedługo okaże nie takie znowu ogromne, przyczyniły się walnie do polskiej katastrofy.

Wracamy wiec do tytułu. Achtung - Panzer! Uwaga - czołgi! Każdy zaraz pomyśli, że sciągnęłem tytuł dla swojego artykułu z pracy generała Guderiana. Ale to było trochę inaczej i okrzyk "Achtung - Panzer" wolno mi umieścić nie pytając o zgodę generała. Okrzyk ten powstał wcale nie za czasów Wehrmachtu i wcale nie powstał na terenie Niemiec. Dobrze by było choć na chwilę wrócić do tamtego odległego czasu, by jak zawsze tak i teraz zacząć opowieść od tradycyjnego początku. A więc: dawno, dawno temu...

Impas na zachodnim froncie I Wojny Światowej.

Wydawało się, że pomiędzy walczącymi armiami nie dojdzie do jakiegokolwiek rostrzygnięcia, a wojna trwać będzie do końca świata.

Obie armie ustawione naprzeciw siebie wkopaly się piętrowo w głąb ziemi. Odgrodziły od siebie dziesiątkami kilometrów saperskich płotów z drutu kolczastego, potykaczy, pułapek i hiszpańskich kozłów. Za pierwszą linią obrony wykopano drugą, za drugą - trzecią.

Po obu stronach zgromadzono podobną ilość podobnej artylerii, która w podobny sposób próbowała zniszczyć umocnienia przeciwnika, a powstałe zniszczenia natychmiast w bardzo podobny sposób naprawiały oddziały saperów, by na czas następnego zwarcia wszystko było w jak najlepszym porządku. Co jakiś czas jedna ze stron nabierała przekonania, że tym razem na pewno się uda. Obojętnie kogo weźmiemy jako atakujęcego, a kogo jako broniącego się. Scenariusz dla obu armii był jednakowy.

Nagle na stanowiska (kogokolwiek) z sykiem i furkotem zaczęły się sypać pociski artyleryjskie strony przeciwnej w ilościach odbierających ochotę do śmiechu. Odgłosy eksplozji już za chwilę zlewały się w jednolity dźwięk wybuchającego wulkanu.

Okopy "chodziły". Dusił trujący gaz spalonych materiałów wybuchowych, często sprawiając wrażenie ataku gazowego. Okres nawały artyleryjskiej wojsko przeczekiwało w odpowiednio zabezpieczonych schronach, pozostawając na zewnątrz jedynie obserwatorów.

Starzy, ostrzelani żołnierze już na zapas wiedzieli, co zaraz nastąpi i zawsze tak właśnie było. Młot nawały ogniowej za chwilę zacznie obrabiać drugą linię obrony, a obserwatorzy, którzy jakiś cudem wytrzymali to piekło na zewnątrz, zaczną się wydzierać ze strachem, że... - Idą!... Idą! Wtedy trzeba będzie "ruszyć tyłek" z względnie bezpiecznego miejsca, biegiem zajmować stanowiska strzeleckie i strzelać! Strzelać ile tylko lufa wytrzyma! Jako, że tamci już biegną! Gdzie te słodkie czasy, kiedy na początku wojny brytyjscy oficerowie, nie wiadomo idioci, czy może straceńcy chcący dodać odwagi przerażonym angielskim chłopakom, prowadzili ich do szturmu podając między sobą uderzeniami stosownych kijów piłeczkę golfową, podbijając kolanami piłkę futbolową, lub wymachując i podpierając się zwiniętym parasolem.

Teraz nieprzyjaciel wyraja się ze swych okopów całymi chmarami i natychmiast rozsypuje się w tyraliery. Biegnie, pada, podnosi się, biegnie, pada, biegnie, biegnie! Strzelać! Chryste Panie! Strzelać, bo jak dobiegną, zabiją. Porwą bagnetami na krwawy, szmaciany ochłap! Strzelać, choć karabin zaczyna śmierdzieć przypalanymi okładkami lufy, a w karabinach maszynowych już parę razy dolewali wodę do chłodnicy.

Nareszcie jest artyleria! Strzelająca na stare namiary wali "do pola" po ziemi niczyjej, po nieprzyjacielskich okopach. W wybuchach lecą do góry, ręce, nogi, hełmy, broń. Ale nieprzyjacielscy saperzy już tną pierwszą linię zasieków. Jezu! Strzelać! Bo jak dojdą...

Po jakimś czasie siły atakujących wyczerpywały się. Atak się załamywał, a nasz strzelec mógł z ulgą odetchnąć, że tym razem - nie doszli. Nie na długo było tego dobrego, bo po pewnym czasie sytuacja się odwracała i to nasz strzelec pędził po ziemi niczyjej, padał, biegł, modlił się, żeby zdążyć, a jakiś nieszczęśnik ze strony przeciwnej powtarzał w duchu: - Jezu! Chryste Panie! Strzelać! Strzelać! Bo jak dobiegną...

Obie armie wciąż i wciąż dowoziły na potrzeby frontów nowe roczniki poborowych, niewyobrażalne ilości amunicji, wyposażenia wojskowego, żywności, wody pitnej - wszystkiego. A fronty stały w miejscu i nie popełni się wielkiego błędu, jeśli się stwierdzi, że nawet nie drgnęły.

Tego dnia brytyjskie statki wyładowywały ogromne skrzynie. Piszczące dźwigi portowe wyciągały je z ładowni statków i ustawiały na nabrzeżu portowym. Na każdej wielkimi, czarnymi literami napisane było jedno i to samo słowo: tank, tank, tank. Bystre oczy niemieckich szpiegów od razu odnotowały ten fakt, ale i znaczenie odczytanego wyrazu: zbiornik, zbiornik, zbiornik. E tam, zbiorniki jakieś przywieźli, na wodę, a może na benzynę do ciężarówek. Żeby chociaż jakieś armaty...

Dzień 15 września 1916 roku. Na przedpolu pozycji niemieckich, na odcinku zajmowanym przez Brytyjczyków coś zacząło się dziać. Porykiwały duże silniki, słychać było szczęk i popiskiwanie trącego się o siebie żelastwa.

Nagle, w kierunku na niemieckie okopy, z brytyjskich pozycji wypełzły jakieś pokraczne, jajowate pojazdy, posuwające się niespotykanym dotychczas ruchem - bez kół!

Za pojazdami, niejako w ich cieniu, biegły truchtem pododdziały brytyjskiej piechoty. Niemieckie karabiny maszynowe dały kilka serii po dziwacznych pojazdach.

Dżyyyssstt!! Dżyyysstt!! - Zaświeciły iskry rykoszetów krzesane pociskami na korpusach maszyn. Następne serie przyniosły taki sam efekt. Pojazd okazał się niewrażliwy na ogień karabinowy.

- Tam, do diabła! To jest pancerne! To ma pancerz! Panzer! Panzer! Powoli, kołysząc się na nierównościach terenu, rycząc i dymiąc rurami wydechowymi silników umieszczonymi na "grzbiecie" pojazdów, posuwając się na stalowych łańcuchach-gąsienicach opasujących cały pojazd pod spodem i na wierzchu, niezwykłe wozy bojowe zbliżały się do niemieckich okopów. Z bliskiego dystansu otworzyły do oniemiałych żołnierzy niemieckich ogień ze swych dział i karabinów maszynowych, a w chwilę później natarły swym ciężarem na pierwsze niemieckie zasieki.

Jak patyki pękały solidne słupy podtrzymujące saperskie płoty, jak sparciałe sznurki rwały się pod naciskiem żelastwa nieustępliwe dotychczas kolczaste druty...

W Muzeum Czołgów, w Bovington Camp w Wielkiej Brytanii, jako pierwsza ekspozycja muzeum, przedstawiona jest niezwykle sugestywnie następująca scena.

- Na wysokie przedpiersie niemieckiego okopu wpełza brytyjski czołg. Wewnątrz okopu, cofający się przed napierającą maszyną, niemiecki żołnierz wciśnięty już plecami w jego tylną ścianę. Szeroko otwarte oczy. Szeroko otwarte usta zdają się krzyczeć. Na twarzy maluje się cała gama uczuć: przerażenia, zdumienia i bezradności. Przednia część długiego czołgu zadarta ostro do góry wznosi się wysoko ponad głową Niemca. Żołnierz, już chyba nie myśląc, wiedziony jedynie odruchem, wznosi karabin do strzału. Chyba jeszcze zdąży wystrzelić w daremnym akcie samoobrony, ale jeszcze sekunda, może dwie, jedno, lub dwa ogniwa gąsienicy i przód czołgu przeważy się, runie w dół, tony żelaza rozgniotą żołnierza, gąsienica przez chwilę drapać będzie ziemię, aż w końcu chwyci, pociągnie, czołg wpełznie na tylną ścianę okopu i pójdzie dalej łamiąc i niszcząc wszystko przed sobą.

Tak właśnie, lub w sposób bardzo zbliżony do opisanego, żołnierze niemieccy zapoznali się z najnowszym, brytyjskim wynalazkiem. Z owymi "zbiornikami" przywiezionymi niedawno z Wielkiej Brytanii.

Była to również prezentacja nowej broni przebojowo wchodzącej na teatry wojenne całego świata. Trzeba było nadać jej jakąś nazwę. Brytyjczykom spodobała się i od razu chętnie została przyjęta nazwa - kamuflaż, jakiej, chcąc za wszelką cenę zachować do ostatniej chwili tajemnicę o nowej broni, ochrzczono na czas trasportu ukryte w skrzyniach pojazdy. Tank - to było to! Za Brytyjczykami nazwę "tank" przyjęto w wielu innych krajach.

Niemcy pozostali przy swojej "Panzer", a więc tyle, co polskie - pancerz, lub zbroja. Polaków najbardziej musiał zafascynować niesamowity sposób poruszania się maszyny. Faktycznie jakiś nieludzki, gadzi, pełznący brzuchem po ziemi, czołgający się. Stąd niewątpliwie wzięła się polska nazwa - czołg.

Lekcja, jakiej udzieliła Wielka Brytania cesarskiej armii niemieckiej 15 września 1916 roku nie poszła w las. Gdy tylko obserwatorzy niemieccy usłyszeli od strony nieprzyjaciela basowe dudnienie potężnych silników i zgrzytanie żelastwa, natychmiast wykrzykiwali gromkie ostrzeżenie: "Achtung - Panzer!" "Achtung - Panzer!"

Cesarska armia niemiecka wojnę przegrała. Traktat wersalski rozbroił i zredukował armię niemiecką. Niemcom wolno było posiadać tylko zawodową 100 000 Reichswehrę, w której nie mogło być więcej niż 4000 oficerów. Zabroniono posiadania przez Reichswehrę czołgów, ciężkiej artylerii, okrętów podwodnych i lotnictwa wojskowego. Wyraźnie określono konkretne fabryki mogące pracować na potrzeby Reichswehry i profil ich produkcji. Inne, dotychczasowo pracujące na potrzeby armii, zostały zamknięte. Zniesiono obowiązek służby wojskowej. Reichswehra mogła uzupełniać swe kadry jedynie poprzez ochotniczy zaciąg kontraktowy. To nie były jedyne zakazy. Zakazów było całe mnóstwo, a w jednym z nich można znaleźć nawet dość zabawny passus. Zabraniał on Niemcom służby w siłach zbrojnych innych państw za wyjątkiem ... francuskiej Legii Cudzoziemskiej. No więc, jeśli Niemiec chciał służyć w wojsku innego kraju, to było bardzo niedobrze, a jeśli chciałby służyć w Legii Cudzoziemskiej, to było bardzo dobrze.

Wyraźnie określono ilość i jakość broni i sprzętu wojskowego, jaką mogła dysponoweć Reichswehra. Wszelkie nadwyżki miały być przekazane Aliantom. Wykonania wszystkich tych zakazów pilnowała Międzyaliancka Komisja Kontrolna. Skoro więc tak - to zaczęła się zabawa w ciuciubabkę. Niemcy, jak tylko mogli próbowali ograć Komisję, a Komisja próbowała zapanować nad sytuacją. Nigdy nie zapanowała. Niemcy ogrywali ją gdzie tylko się dało. Komisja miała początkowo przebywać w Niemczech kilka zaledwie miesięcy. Ostatecznie przebywała siedem lat i mimo to niczego nie dopilnowała. Reichswehra wciąż miała wszystkiego więcej niż określały limity. I ludzi i broni. Mimo to była jednak "nędzną armijką", jak mówili o niej niemieccy oficerowie.

Niemieccy oficerowie! Właśnie dotknęliśmy fenomenu, bez zrozumienia którego nikomu nie uda się tak naprawdę zrozumienie historii armii niemieckiej. Trudno mi w tej właśnie chwili rozwijać ten akurat temat, mamy przecież kontynuować opowieść o niemieckich czołgach, ale proszę mi uwierzyć, gdyby nie oficerowie niemieccy, tacy, jakimi właśnie byli, nigdy nie pojawiłyby się jakiekolwiek niemieckie czołgi.

Niemieccy oficerowie niczym nie dawali się przyrównać do oficerów innych armii. Bo to nie była kadra oficerska, to był zakon. Zakon pozbawiony, co prawda, całej kościelnej otoczki, zakon nieświadomy swojej zakonności. Jeżeli drażni kogoś słowo - zakon, niech sobie używa słowa - bractwo. Najbliżej będziemy źródła tego fenomenu, jeśli określimy go słowami - wojskowe bractwo zakonne. Stary von Jungingen kłania się nam dyskretnie. Rzeczą naturalną u oficerów wychowanych na prawie zakonnych, surowych aż do przesady wzorach, było, gdy zajdzie taka konieczność, nie jeść, nie spać, nie myśleć o domu, rodzinie, dzieciach. Praca, praca i jeszcze raz praca. Zakonne - Ora et Labora. Klasztorne wręcz posłuszeństwo w stosunku do przełożonych. I znów praca, praca nad sobą, ciągłe podnoszenie swych kwalifikacji.

Jeśli ktoś tego nie potrafi pojąć - to trudno. Pozostanie wciąż z wizją szatana wcielającego się w postać faceta z wąsikiem i wszelkimi następstwami tej cudowności.

Niemcy przegrały wojnę, ale nie został zniszczony potężny przemysł niemiecki, nadal istniała armia niemieckich inżynierów, techników i robotników wykwalifikowanych, nadal istniała kadra oficerska i podoficerska byłej armii cesarskiej i niewiele było trzeba, aby wszystko to ponownie ruszyć z miejsca. Chwilowo trwał stan przegranej, ale wszystkie elementy ponownego odtworzenia armii były na miejscu, były nienaruszone.

Na początku lat dwudziestych XX wieku nieznana była jeszcze chyba teoria "pierwotnego wybuchu", ale dowództwo Reichswehry zachowało się ściśle do jej założeń, a nawet tak, jakby to ono opracowało założenia tej teorii.

Skoro nie można mieć więcej niż 100 000 żołnierzy niech więc te 100 000 będzie absolutną elitą, niech to będą najlepsi z najlepszych. 4 000 oficerów? A więc niech to będą najlepsi oficerowie. Dobór kadr wydawał się w tej chwili sprawą najważniejszą. Początkowo dobierano oficerów do mającej powstać Reichswehry na zasadzie polecania dowództwu swoich własnych podwładnych, później odbywało się to na zasadach zbliżonych do zasad konkursu.

Armia niemiecka zapadła się w sobie, ale znaczyło to jednocześnie, że stała się armią wybitnie kadrową, czekającą na lepszy czas, by za jedną potężną eksplozją, błyskawicznie stać się nową, o wiele lepszą od poprzedniej, armią.

Na razie widać było tylko ściskanie materii i tworzenie się "pierwotnego jaja". Wewnątrz zalążka od zaraz nastąpiła gorączkowa praca. Należało przemyśleć i ustalić założenia nowej armii.

Nareszcie jesteśmy u powstania tych osławionych niemieckich czołgów, ale żadnego nadal, niestety, jeszcze nie widać. Trwają tylko żarliwe dyskusje, ważą się argumenty. Wszyscy zgadzali się ze sobą, że nowa armia musi posiadać nowy rodzaj broni - broń pancerną. Rzeczą dyskusyjną było, jakiego rodzaju pojazdów potrzebować będzie ta broń, jak wykorzystać je na ewentualnym przyszłym polu walki, jak tą nową broń zorganizować, jak nią dowodzić? Zakaz tworzenia broni pancernej powodował, że można się było poświęcić, przynajmniej teraz, na poczatku, tylko rozważaniom teoretycznym.

Cała Europa konała ze śmiechu oglądając zdjęcia z manewrów Reichswehry, gdzie widać było grupki żołnierzy popychające przed sobą tekturowe makiety czołgów umieszczone na kółkach rowerowych. Ach, cóż to była za satysfakcja!!!

Już w stadium rozważań teoretycznych pojawiły się poważne kontrowersje. Do tej pory czołgi wykorzystywane były jako środki wsparcia nacierającej piechoty. Szły tuż przed pododdziałami piechurów, torowały im drogę, osłaniały pancerzem przed ostrzałem nieprzyjaciela. Tak użyty czołg nie musiał być pojazdem szybkim, jego prędkość musiałaby odpowiadać biegnącemu truchtem żołnierzowi. Najlepiej, gdyby nie mógł rozwinąć większych prędkości, bo wtedy miałby ciągłą tendencję do "uciekania" piechocie.

Inna koncepcja widziała czołgi zgrupowane w duże jednostki organizacyjne, które działałyby samodzielnie. Wypadałyby na nieprzyjaciela, naraz, dziesiątkami, a jak trzeba, to setkami, otaczałyby go z lewa i z prawa, przełamywałyby jego obronę, niszczyły jego ugrupowania tyłowe, powodowały panikę. W tej koncepcji, czołg musiałby posiadać szybkość, maksymalnie możliwą technicznie. Co wtedy z piechotą? Może z takimi czołgami mogłaby współdziałać kawaleria? A może jednak piechota, ale jadąca za czołgami na samochodach ciężarowych?

Natychmiast zaprotestowali oficerowie piechoty. - Zaraz! Nie można zostawić piechoty bez czołgów! Chcecie zostawić piechotę bez wsparcia! Faceci od uzbrojenia kręcili głowami raczej wykluczając możliwość kompromisu i tworzenie jednocześnie czołgów samodzielnych i czołgów wsparcia piechoty. To wymagało ogromnej wręcz ilości maszyn! Żadne państwo nie udźwignie takich wydatków!

Niemieccy konstruktorzy chcieli też wiedzieć czego wojsko od nich oczekuje. Czołgu dużego i powolnego, czy małego, a szybkiego, z góry niejako zastrzegając, że budowa dużego i szybkiego jest ze względów technicznych, praktycznie niemożliwa.

W ówczesnych Niemczech nie wolno było budować czołgów, to fakt. Ale nikt nie zabronił budowania traktorów - prawda? W wojsku jeszcze się spierano, gdy na deski kreślarskie dawnych zakładów zbrojeniowych weszły projekty "traktora" i "ciągnika rolniczego". W Niemczech rysowano silniki, podwozia, skrzynie biegów. W zagranicznych filiach wielkich niemieckich koncernów stalowych powstawały skrycie rysunki pancerzy i uzbrojenia. Europa konała wtedy ze śmiechu widząc niemieckie tekturowe atrapy czołgów.

Pozostawał jeszcze jeden nierozwiązany i wydawałoby się nierozwiązywalny problem. Właściwie nikt w Reichswehrze nie umiał prowadzić czołgu. Nikt nie potrafił czołgiem walczyć. Czołgów nie było, ale nawet gdyby były, Komisja nigdy nie zgodziłaby się na szkolenie żołnierzy niemieckich w zakresie działania broni pancernej. Co robić?

Szczęście uśmiechnęło się do Reichswehry. Dobry Stalin pozwolił na szkolenie niemieckich czołgistów (ale też pilotów wojskowych) na terenie Związku Sowieckiego. Stalin czegoś się po tym spodziewał, coś planował, tylko co?

Tymczasem konstruktorzy niemieccy "wychodzą z siebie"... i ciągle nic im nie wychodzi! Nie wiem, czy ktokolwiek, tak naprawdę, potrafi wczuć się w ich sytuację. Mają zbudować coś, czego jeszcze nie było, mają się wywiązać z zadania, którego im nie sprecyzowano, nie mają nawet komu podkraść pomysłu, bo wszędzie jest podobna sytuacja i nikt nie ma jeszcze konkretnego pomysłu. Powstające "traktory" są do niczego. Silniki są słabe, grzeją się jak cholera, co chwila coś się psuje i wysiada. Pancerze są za ciężkie, ale gdy się zmniejszy ich grubość, zaczynają być przebijalne. Apel do metalurgów - zróbcie coś z tym, do diabła! I z nowu dyskusje. Czy diesel, czy benzynowy? Czy napęd przedni, czy tylny? Czy szerokie gąsienice, czy raczej może wąskie? Przecież z tego pudła nic nie widać! Przecież tu nie ma żadnej wentylacji! Wystarczy, że armata strzeli z pięć razy i gazy prochowe wytrują całą załogę! Jaka armata?! Tu nikt nie planuje armaty, wystarczą ze dwa karabiny maszynowe, no, może jeszcze jakieś małe działko przeciwpancerne i powinno wystarczyć, a wentylację się poprawi...

Co do powstania niemieckiej broni pancernej istnieje w Polsce obiegowa opinia przypisująca ojcostwo tej broni generałowi Heinzowi Guderianowi. Niemiecka broń pancerna miała jakoby powstać w wyniku pracy generała Guderiana, pracy pod pamiętnym tytułem: Achtung - Panzer. Co do ojcostwa - niech będzie. Generał mocno się napracował nad powstaniem tej broni, ale dalej, to już nieprawda. Przede wszystkim praca generała nie nosi tytułu: Achtung - Panzer, ale, co nie jest bez znaczenia: Achtung - Panzer! Die Entwicklung der Panzerwaffe, ihre Kampftaktik und ihre operativen Moeglichkeiten, a więc po polsku brzmiałoby to może jak: Uwaga - czołgi! Rozwój (ewolucja) broni pancernej, jej taktyka walki i jej możliwości operacyjne. Nie jest to więc książka o tym, jak powinno się budować czołgi, ale jak nimi walczyć, jak nimi dowodzić i czego się można po nich, na polu walki, spodziewać. To jest książka dla oficerów, nie inżynierów. Poza tym książka nie ukazała się we wczesnych latach dwudziestych, kiedy dopiero powstawały koncepcje niemieckiej broni pancernej, a w roku 1937, kiedy niemieckie czołgi istniały już od kilku lat, a przemysł niemiecki wytwarzał je taśmowo. Zasługa generała Guderiana dla niemieckiej broni pancernej polegała na czymś innym. U samych fundamentów jej powstania generał Guderian (nie tylko on, koniecznie trzeba wspomnieć o nieznanym zupełnie w Polsce pułkowniku Nehringu) stworzył nowatorską wizję czołgów działających w dużych, niezależnych związkach pancernych, obronił swoją koncepcję przed jej krytykami, dopilnował realizacji tej koncepcji, opracował teoretyczna podstawy taktyczne dla dużych formacji czołgów, w końcu osobiście realizował swoje założenia na polu walki. Generał Guderian patronował jeszcze jednej sprawie. Według jego wskazówek powstał mundur niemieckiego żołnierza pancernego. Nowa broń wymagała nowego munduru.

Z chwilą otrzymania pierwszych czołgów stało się jasne, że dotychczasowy mundur wojsk lądowych, jaki stanowił początkowo umundurowanie niemieckich pancerniaków jest w wojskach pancernych zupełnie nieprzydatny. Natychmiast brudził się niesamowicie w kontakcie z wiecznie wysmarowaną maszyną i darł się zawadzając o różne, wystające elementy wnętrza czołgu. Po kilku dniach najbardziej schludny żołnierz wyglądał jak łachudra.

Nowy mundur wszedł do armii w roku 1934. Umundurowanie było w kolorze czarnym. Składało się z krótkiej, dobiodrowej, dopasowanej bluzy i spodni, których nogawki wykładało się na zewnątrz cholewek butów (saperek), nie do wewnątrz (wyjątek, na który "łapie się" niejedno muzeum), dodatkowo jeszcze wiążąc je na butach specjalnymi tasiemkami. Bluzę mundurową nosiło się nigdy nie zapiętą pod szyją, klapy bluzy mundurowej wykładane były na boki, więc, by uzyskać harmonijną całość, do bluzy nosiło się szarą koszulę z czarnym krawatem. Na kołnierzu bluzy noszona była oznaka broni pancernej w postaci czarnych patek ze srebrnymi trupimi czaszkami. Patki obszyte były dookoła różową tasiemką - barwą niemieckiej broni pancernej, jaka została jej nadana.

Na głowie noszono rodzaj bardzo obszernego beretu, który jedynie maskował cały system filcowych zderzaków ochronnych, osłaniających głowę czołgisty przed porozbjaniem jej o stalowe elementy wnętrza czołgu. Tak umundurowani żołnierze pancerni bardzo przypominali SS-manów, które to podobieństwo niejednokrotnie źle się dla nich kończyło. Mundur ten obowiązywał oficerów, podoficerów i szeregowców. W razie potrzeby nosiło się do niego zwyczajne płaszcze wojsk lądowych, a oficerowie zwykłe czapki oficerckie.

Po tej dygresji poświęconej generałowi Guderianowi powróćmy do trudnych, końcowych lat dwudziestych, kiedy to "traktory" nawalają, Alianci na nic nie pozwalają, konstruktorzy się guzdrzą, a oficerowie sprzeczają.

Dowództwo Reichswehry za cichym poparciem rządu 1 kwietnia 1930 roku rozpoczyna ostrożnie i po cichutku odbudowę niemieckich sił zbrojnych. Wchodzi w życie A-Plan, Aufstellungs-Plan. O czołgach jeszcze nic się w nim nie mówi, ale wolnego! Przecież to dopiero początek, ostrożne wznoszenie przyszłych struktur. Rusza A-Plan i wszyscy patrzą na Aliantów. - Alianci nic. No, to polecenie od wojska do przemysłu: - Chcemy nowych "traktorów". Mają być małe, szybkie i lekkie, ale w dużych ilościach. Średnie "traktory" będziemy robili później, ciężkie na samym końcu. Co u Aliantów? - Nic? No, to od roku 1932 rusza druga, rozszerzona wersja planu A. W tej wersji planu czołgi już są na poważnej pozycji.

26 lipca 1932 roku minister Reichswehry, generał v. Schleicher publicznie ogłasza plan przebudowy Reichswehry. Umbau-Plan.

W styczniu 1933 roku Adolf Hitler zostaje kanclerzem. Nowa władza, pomimo odejścia generała v. Schleichera, zatwierdza i kontynuuje wykonanie jego planu. W grudniu 1933 roku depesza od konstruktorów. - Mamy prototyp!! Tym razem udany!!

Prototypy nowego, niemieckiego czołgu przechodzą pomyślną próbę na poligonie i w lipcu 1934 roku tam, gdzie zostały opracowane, czyli w zakładach Henschla, rusza seryjna produkcja Panzerkampfwagen-I, czyli Pz. Kpfw. I, lub jeszcze krócej, Panzer I. Produkowany był w wersji standart - Panzer I A i w wersji ulepszonej - Panzer I B.

Wersja A: Ciężar czołgu - 5,4 tony. Opancerzenie o jednolitej grubości - 13-15 mm. Załoga - dwóch ludzi. Uzbrojenie - dwa karabiny maszynowe MG-13 kalibru 7,9 mm strzelające z wieży obrotowej mającej pełen obrót (360 stopni). Silnik - czterocylindrowy, benzynowy, Krupp M 305. Szybkość maksymalna - niecałe 40 km/godz.

Wersja B: Ciężar czołgu - 5,8 tony. Silnik - sześciocylindrowy, benzynowy, Maybach. Szybkość maksymalna - 40 km/godz. Inne dane jak wersja A.

Budowano jeszcze jedną wersją "jedynki". Były to tak zwane czołgi dowodzenia. Czołgi dowodzenie nie brały bezpośredniego uczestnictwa w walce. Jako uzbrojenie, właściwie tylko do samoobrony, przewidziany był dla nich pojedynczy karabin maszynowy. Czołgi dowodzenia Panzer I nie posiadały obrotowej wieży. Wyposażone były natomiast w dość silne radiostacje, przez które dowódca utrzymywał łączność z walczącymi czołgami, a jednocześnie ze swoim dowództwem. W ten sposób dowodziło się w Wehrmachcie zgrupowaniami czołgów. Czołgi dowodzenia na bazie Panzer I przewidziane były dla tak zwanych lekkich kompanii czołgów. Do rozpoczęcia wojny z Polską zbudowano 184 takie czołgi dowodzenia. Bezskutecznie poszukiwałem w dostępnych mi muzeach bojowej wersji "jedynki". Nie miałem szczęścia. W Wielkiej Brytanii znalazłem "jedynkę" właśnie w wersji czołgu dowodzenia. Proszę obejrzeć ją na zdjęciu. Wymiarami niewiele różniła się od wersji bojowej. Z prawej strony czołgu, od tyłu, wyraźnie widoczna jest masywna antena radiowa jego radiostacji.

Royal Armoured Corps Museum - Bovington, czołg dowodzenia Panzer I, fot. Michał Kazimierski.

System łączności radiowej w niemieckich oddziałach pancernych wart jest dokładniejszego omówienia. Był sprawny, dobrze funkcjonował i poważnie przyczyniał się do niemieckich zwycięstw.

W czołgach bojowych znajdowały się radiostacje Fu. G-5 o mocy 10 W, działające w zasięgu około 6 km. W trakcie manewrowania czołgiem zasięg radiostacji mógł maleć w zależności od czynników terenowych czasami nawet do 4 - 3 km.

Czołgi bojowe przekazywały meldunki do czołgu dowodzenia wyposażonego w radiostacje Fu. G-6 o mocy 20 W i o zasięgu około 15 km. Czołgi dowodzenia przesyłały meldunki do batalionu, lub czasem bezpośrednio do pułku. W obu tych dowództwach znajdowały się radiostacje o mocy 30 W i zasięgu około 30 km fonią, a do 80 km w systemie telegrafu. Łączność pomiędzy pułkami, a dywizją zapewniały radiostacje o mocy 80 W i zasięgu fonią 40 km zaś w systemie telegraficznym do 125 km. Wszystkie te radiostacje pracowały na falach krótkich. Pomiądzy wyższymi szczeblami dowodzenia i dywizjami pracowały na falach średnich radiostacje o mocy 1000 W i zasięgu 480 km fonią oraz 1100 km w systemie telegrafu.

W roku 1934 niemieckie dowództwo wojskowe otrzymuje następną radosną depeszę - Nareszcie ruszył "ciągnik rolniczy"! Można testować na poligonie! Powstał następny niemiecki czołg, Panzerkampfwagen II, Pz. Kpfw. II, czyli Panzer II. Produkowany był w kilku, poprawianych wersjach: podstawowa A, A-1, A-2, A-3 oraz następnne: wersja B i C.

Wersja A: Ciężar czołgu - 7,2 tony. Opancerzenie - grubości 15 mm. Załoga - trzech ludzi. Uzbrojenie - 1 działko kalibru 22 mm oraz 1 karabin maszynowy kalibru 7,9 mm. Silnik - sześciocylindrowy, benzynowy o mocy 130 KM. Szybkość maksymalna - 40 km/godz.

Powstające później ulepszone wersje różniły się od wersji podstawowej: ulepszonym silnikiem (140 KM), pogrubionym pancerzem, innymi rozwiązaniami podwozia, a przez to i powiększoną wagą czołgu, która nigdy jednak nie przekroczyła 10 ton. Od roku 1938 produkowano szybką wersję "dwójki" jako tak zwany Schnellkampfwagen, którego szybkość maksymalna dochodziła do 55 km/godz. Do czasu wojny z Polską wykonano 250 sztuk szybkiej "dwójki".

Drogi czytelniku! Przyznaj się! Jakie odniosłeś pierwsze wrażenie po zapoznaniu się z tymi czołgami? Jeśli jeszcze nie wyrobiłeś sobie o nich zdania - popatrz na zdjęcia. Abyś mógł dokładniej ocenić wymiary tych czołgów, pojechałem do Wielkiej Brytanii, by tam dać się sfotografować w ich pobliżu. Stoję teraz, wsparty o ich pancerze, stary i gruby facet, który musi nie byle jak się wyprostować, by uzyskać swoje 160 centymetrów wzrostu.

Royal Armoured Corps Museum - Bovington, autor artykułu przy czołgu dowodzenia Panzer I, fot. Michał Kazimierski.

Po całym bagażu wieloletniej propagandy jaką nam wciskano, pierwsze wrażenie jakie każdy odbierze po raz pierwszy zobaczywszy na własne oczy te osławione niemieckie czołgi, jest porażające. - Ależ te czołgi są po prostu ma-lut-kie!! No, właśnie. Malutkie. Gabarytami bardziej przypominają naszego poczciwego "Żuka", niż mamuta. A ich uzbrojenie też jakieś takie mało imponujące. Ani jednej porządnej armaty, choćby armatki. A ich pancerze też nie za bardzo pancerne. Może więc te "podjezdki" to jakiś margines sił pancernych Wehrmachtu?

Royal Armoured Corps Museum - Bovington, autor artykułu obok czołgu Panzer II, fot. Michał Kazimierski.

- Nie, kochany czytelniku. Te "podjezdki" to TRZON niemieckich wojsk pancernych z 1939 r. Wehrmacht posiadał, oczywiście, także większe czołgi i zaraz będzie o nich mowa, ale tych większych było bardzo mało w porównaniu z ilością "jedynek" i "dwójek". Popatrzmy teraz w jakim tempie i w jakich ilościach przemysł niemiecki budował czołgi lekkie, bo tak kwalifikowano obie pierwsze konstrukcje niemieckich czołgow. Panzer I: rok 1934 - 150 sztuk (teraz odpowiednio), 1935 - 650, 1936 - 500, 1937 - 200.

Razem, do wojny z Polską zbudowano 1500 "jedynek". Panzer II: lata 1934-35 - ilość nieznana, lecz na pewno niewielka, 1936 - 100,1937 - 250, 1938 - 600, 1939 (do września) - 280. A więc razem - 1230 "dwójek". Razem czołgów lekkich - 2730. A więc nie tak dużo mniej niż wszelkiego rodzaju pojazdy pancerne: Włoch, Wielkiej Brytanii i Japoniii razem wzięte. Nie czołgi, powiadam, lecz cokolwiek pancernego. Prawie równo tyle samo, ile wszystkich czołgów posiadała Francja.

Niepostrzeżenie minął maj 1935 roku, a w nim "Ustawa Wojskowa", zmieniająca oficjalnie nazwę Reichswehra, na Wehrmacht. Jeżeli do tej pory komuś się to myliło, niech odetchnie z ulgą. Są i inne powody do radości, bo przemysł sygnalizuje następny czołg, tym razem średni!

W 1936 roku firma Deimler-Benz wypuszcza próbną dziesiątkę egzemplarzy nowego czołgu, tym razem - Panzer III. Jego wersje A, B, C, oceniane zostają negatywnie. Najwięcej problemów z zawieszeniem. Wreszcie, po wielu poprawkach wojsko akceptuje wersję D.

Wersja D: Ciężar czołgu - 19 ton. Opancerzenie - grubości 30 mm. Załoga - pięciu ludzi. Uzbrojenie - działo przeciwpancerne kalibru 37 mm, 2 lub 3 karabiny maszynowe kalibru 7,9 mm. Silnik - dwunastocylindrowy, benzynowy, mocy około 300 KM. Szybkość maksymalna - 40 km/godz.

Do czasu wojny z Polską wykonano około stu "trójek" w tym tylko 55 czołgów w wersji ulepszonej. Produkcję wielkoseryjną udało się uruchomić dopiero po wojnie z Polską i dopiero w oparciu o następną wersję, wersję E. Na bazie "trójki" budowano też czołgi dowodzenia przeznaczone dla tzw. ciężkich kompanii czołgów.

Również w roku 1936 rusza produkcja największego niemieckiego czołgu - Panzer IV. Trochę na wyrost nazywano go czołgiem ciężkim, choć ciężarem niewiele przewyższał "trójkę". Produkowany początkowo w wersji A (35 sztuk), póżniej zmodyfikowanej wersji B (42 sztuki) oraz wersji C (140 sztuk).

Wersja C: Ciężar czołgu - 20 ton. Opancerzenie - 30 mm. Załoga - pięciu ludzi. Uzbrojenie - armata kalibru 75 mm oraz jeden karabin maszynowy MG kalibru 7,9 mm. Silnik benzynowy o mocy 300 KM. Szybkość maksymalna - 40 km/godz.

Długo i bezowocnie poszukiwałem po muzeach niemieckich "trójek" i "czwórek" z 1939 roku. Znalazłem tylko ich wersje późniejsze z lat czterdziestych tak zmienione, że niczym nie przypominające swym wyglądem tamtych, z pamiętnego września. Po namyśle, nie mogąc przedstawić "żywych" obrazów tych czołgów, całkowicie zrezygnowałem z ich prezentacji.

Zastanawiającym i nowym w niemieckiej broni pancernej elementem czołgu Panzer IV, jest ta dużego kalibru armata 75 mm. Od dawna już wiedziano, że długość lufy wybitnie wpływa na szybkość wystrzeliwanego pocisku. Generalnie - im dłuższa lufa, tym większa szybkość. Wiedziano też bardzo dobrze i o tym, że zdolność przebijania pocisku jest wprost proporcjonalna do szybkości nadanej pociskowi. A więc, znowu generalizując, chcąc uzyskać możliwie pozytywny efekt przebijalności, chcąc uzyskać "przeciwpancerność" wystrzału, należy strzelać z działa o możliwie długiej lufie, bo krótka nie zdoła nadać pociskowi odpowiednij szybkości wylotowej. A w czołgu Panzer IV zastosowano do jego działa 75 mm krótką lufę! Wręcz irytująco krótką. Szybkość początkowa z jaką wylatywał z niej pocisk po wystrzale wynosiła 385 m/sek. Nic rewelacyjnego zważywszy, że pocisk niemieckiej armatki przeciwpancernej Pak. 35/36 osiągał szybkość 762 m/sek., a polski Bofors potrafił nadać swemu pociskowi prędkość 800 (!) m/sek. Oczywiście "czwórka" kompensowała sobie braki szybkości wagą pocisku, ale co by nie powiedzieć, jej armata nie miała wielkich walorów przeciwpancernych. Niemcy, oczywiście, znali zasady działania pocisku przeciwpancernego i również oczywiście, mogli wyprodukować armaty długolufowe. Czemu więc w "czwórce" zastosowano tak krótką lufę? Jak powiem - to i tak nikt mi nie uwierzy, choć to już uprzednio nieśmiało sygnalizowałem. Wiadomo, że długa lufa swym ciężarem destabilizuje wieżę, przeważ ją na swoją stronę i wymaga od konstruktora stworzenia dla siebie jakiejś przeciwwagi po stronie przeciwnej. Nie jest to jednak problem nierozwiązywalny i każdy konstruktor wybrnie z niego bez specjalnego wysiłku. Oszczędności stali, kosztów i czasu pracy, choć oczywiste, nie są tu decydujące. O co więc chodzi? Po wystrzale, w każdej lufie, każdej broni, pozostaje pewna ilość gazów prochowych. Gazy prochowe są dla ludzi trujące. W broni automatycznej, lub półautomatycznej, natychmiast po wystrzale otwiera się zamek wyrzucając pustą łuskę i otwierając komorę nabojową do przyjęcia nowego naboju. W tym momencie z otwartej przez zamek lufy uderza do tyłu dość duża ilość gazów prochowych (pod zaskakująco dużym ciśnieniem). Na terenie otwartym to zjawisko nie jest szkodliwe dla strzelającego. Ale inaczej jest w czołgu. Zamki broni strzeleckiej i artyleryjskiej znajdują się wewnątrz czołgu, w pomieszczeniu zamkniętym, w dodatku ciasnym, którego pojemność można przedstawiać obliczając ją dosłownie litrami. Wiadomo, że długa lufa dużego kalibru "nadmucha"więcej trujących gazów niż lufa krótka. Problem zacznie narastać lawinowo w miarę intensywnego strzelania. A strzela przecież tuż obok karabin maszynowy i choć niewielkiego kalibru, to jednak strzela niezwykle szybko, a więc i on przyłoży swoje w produkowaniu trucizny. Krótkie lufy broni wielkokalibrowej, której zamki musiały znajdować się w zamkniętych, ciasnych pomieszczeniach, były wyrazem kompromisu pomiędzy wymogami stawianymi przed bronią i chęcią ochrony swoich załóg przed zatruciem gazami prochowymi. Wyjściem z problemu mogło być skonstruowanie odpowiednio wydajnej wentylacji i nawet takie efektywne wentylatory skonstruowano, ale nie było ich jeszcze w latach trzydziestych.

W relacjach polskich żołnierzy z czasów kampanii wrześniowej można się spotkać z obserwowanymi przez nich przypadkami, kiedy to niemieckie czołgi atakowały ich z otwartymi klapami włazów czołgowych. Niemcy nie robili tego dla głupiego szpanu. Oni się dusili swoimi gazami prochowymi! Pozostawało więc: albo długa lufa i mały kaliber, albo duży kaliber przy krótkiej lufie.

Opisane przeze mnie czołgi, czyli kolejno: Panzer I, II, III, IV to były wszystkie niemieckie czołgi do czasu wojny z Polską. Przed tą wojną Wehrmacht posiadał jednak jeszcze inne czołgi. Nie mieszczące się w tym opisie, bo nie niemieckie. Po zajęciu Czech, Niemcy zdobyli około 400 czołgów czeskich. Jakich? - Rewelacyjnych!! Przy czeskich czołgach niemieckie "jedynki", czy "dwójki", można powiedzieć - "paliły się ze wstydu".

škoda LT-35: Ciężar czołgu - 11 ton. Opancerzenie - 25 mm. Załoga - czterech ludzi. Uzbrojenie - jedno działko przeciwpancerne 37 mm i dwa karabiny maszynowe kalibru 7,9 mm. Silnik benzynowy o mocy 115 KM. Szybkość maksymalna 35 km/godz.

Praha TNHP: Ciężar czołgu - 10,5 tony. Opancerzenie - 25 mm. Załoga - czterech ludzi. Uzbrojenie - jedno działko 37 mm i dwa karabiny maszynowe kalibru 7,9 mm. Silnik benzynowy o mocy 125 KM. Szybkość maksymalna 42 km/godz.

Niemcy natychmiast po zajęciu Czech kontynuowali i intensywnie rozwijali produkcję obu czołgów zmieniając nazwę škody na Panzerkampfwagen - 35 (t), zaś Praha występowała odtąd jako Panzerkampfwagen - 38 (t). Literki "t" oznaczały "tschechisch" - czeski. Przed rozpoczęciem wojny udało się jeszcze wyprodukować dla Wehrmachtu około 100 czołgów czeskich.

Czołgi nie nie były jedynymi pojazdami niemieckich wojsk pancernych. Wojska te posiadały dodatkowo bardzo sprawne i groźne samochody pancerne, z niewieloma wyjątkami uzbrojone tak samo jak niemieckie czołgi.

W miarę jak je konstruowano i produkowano, samochodom pancernym przybywało osi i to właśnie kryterium, niejako naturalnie, dzieli niemieckie samochody pancerne na następujące kategorie:

Najstarsze, najmniej uzbrojone (z reguły jeden karabin maszynowy) samochody dwuosiowe. Było ich około 600 sztuk i przed wojną z reguły porozdzielane były wśród dywizji piechoty, jako samochody rozpoznawcze.

Nieco nowocześniejsze, trzyosiowe, były już poważnie uzbrojone w działko 20 mm. oraz karabin maszynowy, a więc tak samo jak Panzer II. Przed wojną było ich około 120 i już wymieniano je na nowocześniejsze, czteroosiowe, uzbrojone podobnie jak trzyosiowe, lub w krótkolufową armatę 75 mm, czyli tym razem podobnie jak Panzer IV. Dodatkowo czteroosiowe samochody pancerne dysponowały silnikiem pozwalającym rozwijać im szybkość do 100 km/godz.

Royal Armoured Corps Museum - Bovington, czteroosiowy samochód pancerny z działem 75 mm, fot. Michał Kazimierski.

Nie muszę dodawać, że była to bardzo groźna broń, pomijanie której byłoby dużym błędem. Potężnych, czteroosiowych samochodów pancernych pojechało na wojnę z Polską około 90 sztuk. Samochody trzy i czteroosiowe budowane były też w wersji samochodów radiowych i podobnie jak czołgi dowodzenia uzbrojonych w jeden karabin maszynowy do obrony własnej.

I to już wszystko jeśli chodzi o niemiecką broń pancerną, z którą przyszło walczyć polskiemu żołnierzowi. Czy żołnierz polski był wobec tej broni bezradny? - Ależ skądże!

Nie było takich niemieckich pojazdów pancernych, których nie mogły by pokonać polskie działa polowe, przeciwpancerne, czy działo polskiego czołgu 7-TP. Sam widziałem zdjęcie niemieckiej "czwórki", a więc najsilniejszego niemieckiego czołgu, rozstrzelanego wręcz na wióry przez polskie 7-TP, którym nieszczęsna "czwórka" podlazła pod lufy. Jak można mówić o potężnych, pancernych potworach niemieckich rozgniatających polską obronę swymi gąsienicami, skoro takich czołgów, które od biedy można uznać za "potwory" w całym Wehrmachcie było około 300, czyli 10% ogólnej liczby niemieckich czołgów użytych do wojny z Polską (3000), a gros niemieckich sił pancernych stanowiły dość "kurduplowate" Panzer I i Panzer II? Dlaczego starano się widzieć tylko te 10%, a nie chciano widzieć tych 90-ciu? Dlaczego od lat wmawia się Polakom, że Wojsko Polskie we wrześniu 1939 roku musiało walczyć szablą i bagnetem, że Niemcy jechali wygodnie samochodami, a Polacy musieli maszerować piechotą. I jeszcze - Polacy na koniku, a Niemcy na czołgu - cha, cha, cha! No, dobra. To ja wam teraz opowiem, jak to było u Niemców.

Wojska szybkie, a więc dywizje pancerne, dywizje lekkie i zmotoryzowane, a więc tam, gdzie się jeździło - nie maszerowało, stanowiły 15% sił lądowych Wehrmachtu, a reszta? A reszta - per pedes - panie dobrodzieju! Nachodzili się Niemcy w tej kampanii - oj, nachodzili! Na każdą dywizję piechoty, która dosłownie walczyła na piechotę, przypadało etatowo (słuchajcie!) - 6 350 koni pociągowych. Skoro więc niemiecka dywizja piechoty miała wtedy od 17 do 15 000 ludzi, znaczyłoby, że na dwóch-trzech niemieckich żołnierzy przypadał tam jeden koń. Cała artyleria dywizyjna ciągnięta była przez konie! Za niemiecką dywizją piechoty kilometrami ciągnęły się niemieckie furmanki taborów! Dywizje piechoty funkcjonowały w ramach korpusów, a każdy korpus miał swoje tabory konne, niezależne od dywizyjnych.

Gadanie o zacofaniu Wojska Polskiego, bo opierało się ono na koniu i nowoczesności Wehrmachtu, gdzie koni jakoby nie było, powstać musiało w kręgach "zbliżonych do intelektualistów" czerpiących swą wiedzę o wojsku i wojnie z sienkiewiczowskiego Ogniem i mieczem oraz znajomości na pamięć całego Pana Tadeusza.

Niemiecka piechota chodziła więc na piechotę. Ale ta piechota była wyśmienicie wyposażona w broń maszynową, w artylerię przeciwpancerną i artylerię bezpośredniego wsparcia. Niemiecka piechota była wręcz przezbrojona! Wystrzeliwała ogromne ilości amunicji, której wciąż jej brakowało. Czasami dochodziło do sytuacji dramatycznych i Niemcy musieli zbierać amunicję od rannych i zabitych.

"Kurduplowate" niemieckie czołgi, gdy natrafiły na ogień polskiej artylerii, natychmiast starały się z pod tego ognia wyjść. W pojedynku ze zorganizowanym ogniem polskich dział nie miały żadnych szans. Czasami próbowały nadrabiać manewrem i szybkością, ale najczęściej zwyczajnie zwiewały, ponawiając atak w innym miejscu. "Kurduple" były szybkie, ruchliwe, a przez to trudne do trafienia. Gdy natknęły się na polską piechotę będącą (niestety bardzo często) pozbawioną broni przeciwpancernej, robiły polskim piechurom masakrę, mełły ich na mamałygę. Broń strzelecka i granaty ręczne nie imały się ich zupełnie. Po to zresztą były robione. Tym razem zwiewać musieli Polacy, starając się ukryć przed nacierającymi "kurduplami" między drzewami lasu, gdzieś, gdzie jest kopny piach, lub błoto. Niemieckie czołgi nie miały w sobie nic z mamutów i olbrzymów. Nie mogły posuwać się po lesie łamiąc przed sobą drzew, grzęzły w błocie i zakopywały się w piaszczystych wydmach zupełnie tak samo, jak nie przymierzając, zwyczajne, niezbyt silne pojazdy. Polscy żołnierze bynajmniej nie wpadali w paniką na samo wspomnienie niemieckiego czołgu i bardzo szybko poznali się na jego walorach i brakach. Jak każda broń, niemieckie czołgi można było dość łatwo zwalczać ich kontrbronią, bronią przeciwpancerną. Na "jedynkę" i "dwójkę" w zupełności wystarczał polski karabin przeciwpancerny, a na "trójkę" i "czwórkę" polski Bofors 37 mm.

Skoro więc Polacy posiadali skuteczną broń przeciwko niemieckim czołgom, czemu nie było jej tam, gdzie najbardziej była potrzebna?! Czy nie było to wynikiem złego dowodzenia wojskiem przez polskie dowództwo?! To skandal!

Nie tam, gdzie trzeba? Kto rozmieszcza broń? - Oczywiście dowództwo. Tylko, że polskie dowództwo, gdyby jakkolwiek bądź rozmieściło polską broń przeciwpancerną, zawsze stałaby ona nie tam, gdzie trzeba. Było jej, zwyczajnie, ZA MAŁO! Polska dlatego przegrała wojnę z Niemcami, bo już od roku 1935 PRZEGRAŁA Z NIEMCAMI WYŚCIG ZBROJEŃ. Pod kierownictwem tej "okropnej sanacji" Polska od lat spodziewała się niemieckiego ataku, a wobec tego zbroiła się, jak to mówią - odejmując sobie od ust i plując krwią. Począwszy od roku 1934 Polska wydawała na zbrojenia około 50, a czasem nawet 60% budżetu rocznego całego państwa! Przewidując gwałtowne ataki na rząd demolujący prawie finanse państwa i pchający wszystko w zbrojenia, ukrywano te wydatki, kamuflując je w budżetach innych ministerstw. Mimo tych wysiłków, Polska, przez okres od roku 1934 do 1939 (wrzesień), mogła dysponować i wydać na zbrojenia sumę 1 miliarda 300 milionów dolarów. Niemcy w tym samym czasie wydały na zbrojenia 40 miliardów dolarów!

Panów od Pana Tadeusza zapewniam, że były to tamte, przedwojenne, tłuste dolary, przy których obecny wygląda jak suchotnik na pół godziny przed śmiercią. Polska dostała, nawet dwie, pożyczki od Francji. Teoretycznie wynosiły one 150 milionów dolarów. Teoretycznie, bo realizacja ich polegała na dostarczeniu Polsce sprzętu wojskowego i całkowitą realizację pożyczki przerwała wojna. Ale porządnych, francuskich czołgów Somua S-35 Polsce odmówiono, proponując w zamian konstrukcje nieudane. Trochę pożyczyli Brytyjczycy, ale i te dostawy przekreśliła wojna. Naród polski zebrał 80 milionów dolarów (!) i znów to samo. Nie dało się tego wykorzystać z powodu wybuchu wojny. Nawet, gdyby się wszystko udało, wszystko wykorzystało, jak się to mogło mieć do niemieckich 40 miliardów?!

Przyzwyczailiśmy się do tego, że Niemcy mieli potężny, niezniszczony przemysł, że zawsze byli od Polaków bogatsi, sam pisałem niedawno, jak to Reichswehra utworzyła "pierwotne jajo" gotowe w pewnym momencie eksplodować militarnym big bangiem. Wszystko to prawda, ale zwróćmy trochę baczniejszą uwagę na hitlerowski big bang. Do 1935 roku przemysł niemiecki posapuje z cicha realizując Umbau-Plan. Polska "padając już na pysk" jeszcze dotrzymuje kroku. 21 maja 1935 r. Hjalmar Schacht, dotychczasowy minister gospodarki zostaje mianowany generalnym pełnomocnikiem do spraw gospodarki wojennej i zbrojeń i nagle... BIG BANG!!! Eksplozja zbrojeń, ale i eksplozja wydatków. A forsy zamiast ubywać - przybywało! Polska - wysiada, Wielka Brytania - wysiada, Francja - wysiada, Stany Zjednoczone - to jeszcze nawet nie partner do rozgrywki. A teraz pytanie. - Skąd Schacht wziął tyle forsy???

Na to pytanie też jest przygotowana od wielu lat odpowiedź. A od bankierów i wielkich przemysłowców niemieckich popierających Adolfa Hitlera w obawie przed komuną.

No, to może inaczej, bo zachodzi obawa żeśmy się wszyscy za bardzo przyzwyczaili do pewnych oczywistości. Pamiętajmy, że mowa będzie o tłustych, przedwojennych dolarach. Jeden milion dolarów, to była wtedy przeogromna suma. Było trochę milionerów, głównie, jak wieść niosła w Ameryce, ale paru można było znaleźć i w Europie.

Miliard - to tysiąc takich milionów. Tysiąc milionów!!! Rany Boskie!!! Ale paru miliarderów już wtedy istniało. Pewno znów w Ameryce, a i to chyba można ich było policzyć na palcach. Bankierzy i przemysłowcy niemieccy składają się "na Adolfa". Już z samych założeń statystyki wypada, że nie mogło wśród nich być jednomyślności i nie każdy przyłączył się do darowizny. Cztery miliardy - to suma, której chyba nie zebraliby przemysłowcy niemieccy, nawet gdyby oddali wszystko co posiadali, a sami poszli pod kościół z organkami, by zebrać coś na obiad do kapelusza. Ale nikt jakoś nie widział Kruppa grającego na organkach pod kościołem. Czterdzieści miliardów - to suma dziesięć razy większa!

Wygląda na to, że ktoś Hitlerowi te pieniądze DAŁ, dał kawał grosza. Czy poznamy kiedyś fundatora niemieckich zbrojeń? Senne marzenie. Nie ma głupich! Nikt, nawet na chińskich torturach nie przyzna się, że zainwestował w Adolfa.

O polskiej kampanii wrześniowej, krytykując zajadle przedwojenne Wojsko Polskie i jego dowództwo, piszą najczęściej "gdybacze". - Bo, gdyby nie Piłsudski, bo gdyby wtedy Śmigły-Rydz tak, to by można było tak, gdyby nie ta flota, gdyby chciano posłuchać tego, gdyby nie ta mobilizacje, gdyby inaczej pokierować finansami, gdyby nie te sojusze itd., itd., itp. Panowie gdybacze! I cóż by takiego było, gdyby spełniły się wasze gdybania? Wojna trwałaby dłużej o tydzień? A może dziesięć dni? A może o całe dwa tygodnie?! Fajnie by było - nieprawdaż?

Wielu Polaków nie może zapomnieć i nie może darować marszałkowi Śmigłemu-Rydzowi jego przemówienia, gdzie znalazł się ten osławiony passus o guziku od płaszcza.

Za gdybaczami "gdybnijmy"sobie wspólnie jedyny i ostatni raz. Co by było gdyby marszałek powiedział wtedy: - Drodzy rodacy! Już niedługo, może za kilka dni, zostaniemy zaatakowani przez niemiecką armię pana Adolfa Hitlera. Wojsko, ma się rozumieć, da z siebie wszystko, ale nie miejcie złudzeń. Dostaniemy w d...ę, jak jeszcze nigdy w życiu. Proszę jednak zachować spokój i pogodę ducha. Poeta wszak powiedział: "Nie bójta się ludzie z nami łaska Boża, odbudujem Polskę od morza, do morza".

Artykuł powstał w oparciu o dane szczegółowe zaczerpnięte m.in. z książek: Władysław Kozaczuk, Wehrmacht 1933-1939, Wyd. MON, Warszawa 1978; Rajmund Szubański, Polska broń pancerna 1939, Wyd. MON, Warszawa 1982